Powodz 1979

Wojtek Gałecki „Wiosenne piżmaki”
Rozdział: „Na powodziowym przyborze”

Działo się to w kwietniu 1979 r., kiedy wielka, od lat niespotykana fala powodziowa Narwi przerwała pod Pułtuskiem wały ochronne.
Powodzi należało się spodziewać. Tego roku całą zimę nękały duże opady śniegu, które z powodu niskiej i długo utrzymującej się tem¬peratury zalegały na polach do początku wiosny. W górach, tego śniegu było tak dużo, że i starzy bacowie nie pamiętali od jak dawna nie widzieli takich jego ilości.
Wiosną słońce dogrzewało z każdym dniem co raz silniej. Śnieg topił się szybko, głównie ten leżący na wierzchu. Ziemia pod śniegiem była jeszcze zmarznięta utrudniając a wręcz uniemożliwiając wsiąkanie wody, która różny¬mi strumieniami gnała prosto do rzek. Rzeki z kolei błyskawicznie przybierały prze¬kraczając wszelkie stany alarmowe. Małe lokalne strumyki przybierały formy gro¬źnych i rwących potoków. Występowały ze swoich koryt zalewając wszystko co napotkały na pła¬skich terenach na wielu kilometrach. Od kolegów myśliwych otrzymywaliśmy informa¬cje o raptownym przyborze wody na Narwi.
Narew to graniczna rzeka jednego z naszych obwodów łowieckich w okolicach Pułtuska. Czekając jak zwykle co roku na łowy wiosen¬nych piżmaków zacieraliśmy ręce z uciechy. Im większa woda, tym większe rozlewiska a tym samym-większa przygodowość wyprawy. Piżmaki wprawdzie rozprzestrzeniają się na olbrzymich połaciach, są rzadziej widoczne ale wielokrotnie za to zwiększają atrakcyj¬ność łowów.
Z moim przyjacielem Stachem należeliśmy do chyba najbardziej zagorzałych łowców wiosen¬nych piżmaków i chyba najbardziej doświadczo¬nych.
Nie myśleliśmy wtedy o nieszczęściach ludzi, którym woda zalała dobytek ich pracy. To było oczywiste, że bez żalu zrezygnowali¬byśmy z polowań gdyby warunkowało to cofnię-cie wielkiej wody.

Jadąc w kierunku obwodu, jak zwykle pełnym samochodem sprzętu na kilka dni wyprawy, mu¬sieliśmy okrążyć Pułtusk, bo zarówno droga jak i spora część miasta była pod wodą. Jako, że chcieliśmy zobaczyć na własne oczy to czego nie mogliśmy sobie wprost wyobrazić okrążyliśmy miasto i do zalanej jego części podjechaliśmy od drugiej strony. Kilkadziesiąt a może kilkaset razy przeje¬żdżaliśmy w przeszłości przez Pułtusk jego główna, drogą prowadzącą z Warszawy do Łomży. Wydawało nam się, że położony jest on dość wysoko i w bezpiecznej odległości od rzeki.
To co zobaczyliśmy było niecodzienne i straszne. Murowane kamienice stały w wodzie sięgającej do wysokości parteru. Dworzec autobusowy, pawilony handlowe, restauracje, wszystko zato¬pione. Nasza widoczność była ograniczona jednym miejscem obserwacji więc mogliśmy sobie tyl¬ko wyobrazić jak wygląda dalsza część mia¬sta leżąca bliżej rzeki.
Zostawiliśmy Pułtusk aby jak najszybciej przejechać jeszcze piętnaście kilometrów i jak najprędzej znaleźć się w obwodzie. Zaraz za miastem po prawej stronie drogi, która cały czas prowadziła wzniesieniami rozlegało się aż po horyzont wielkie morze wody.
Rzadziej położonym tu domom jednorodzinnym wystawały z wody jedynie balkony na piętrze i kolorowe dachy.
Straszny żywioł i ogrom nieszczęść. Nie mając żadnego wpływu na to co już się stało kontynuowaliśmy naszą podróż. Zadawaliśmy sobie pytanie, dokąd uda nam się dojechać samochodem? Po kilkunastu minutach już prawie wszystko wiedzieliśmy.

Samochód musieliśmy zostawić dużo, dużo wcze¬śniej niż sądziliśmy. Dalej już tylko woda a do Narwi pozostało jeszcze kilka kilometrów. Szykując sprzęt do wypłynięcia na rozlewisko na nieokreśloną ilość godzin, uparłem się aby do naszego głównego pontonu doczepić na lince mały, jednoosobowy, zielony pontonik o wdzięcznej nazwie - Lena.
Stacho był przeciwny, uważając, że będzie nam przeszkadzał i utrudniał pływanie. Ja natomiast jako właściciel obu pontonów twardo upierałem się przy swoim, argumentując, że będzie to dla nas jakby łódź ratunkowa. Ponadto będziemy do niego wrzucać strzelone piżmaki, trzymać torby z żywnością i różne inne drobiazgi. Bardziej pokonałem Stacha niż go przekonałem i wkrótce wypłynęliśmy ciągnąc Lenkę za sobą.
Nie mieliśmy wówczas jeszcze silnika elektryczno-akumulatorowego. Siedząc na przygotowa¬nych wcześniej deskach, obitych filcem aby nie przedziurawić drzazgami komór pontonu wiosłowaliśmy ze Stachem dwoma wiosłami. Musieliśmy to czynić jednocześnie i z równo¬mierną siłą po obu stronach pontonu, aby nie obracał się on dookoła swojej osi.
Przepływaliśmy obrzeżem wioski Sielc. Mijaliśmy domy zalane wraz z podwórkami i całym obejściem gospodarskim. W niektórych domach, w oknach widzieliśmy dzieci, po kilkoro w jednym oknie, pewnie sie¬dzących w środku izby na stole. Jedne się tylko przyglądały, inne machały do nas rączkami ale ich buzie były smutne i przestraszone.
Płynęliśmy nad wiejską drogą, którą często latem jeździliśmy w kierunku wody. Jeszcze w okolicach wioski minęliśmy się z wojskową amfibią na której płynęli żołnierze i jakiś gospodarz z krowami i koniem. Pomachaliśmy sobie i wkrótce ostatnie domy wioski zostały za nami.

Jedynym naszym planem było płynąć do przodu. Chcieliśmy przeżyć emocje i podziwiać to cze¬go nie można odczuć ani zobaczyć ani z brze¬gu, ani w żaden inny sposób poza tym, który teraz właśnie wykonujemy. Nie wiedzieliśmy nawet kiedy wrócimy. Zależało to od czynników, których jeszcze nie znaliśmy a które wkrótce mieliśmy poznać. Wiele zależało od pogody, ciepłego czy zimne¬go wieczoru i nocy, także księżyca bądź za¬chmurzonego nieba. Przede wszystkim od tego jak długo wytrzymamy i od rezultatów naszych łowów.
Na razie serce nam się radowało. Byliśmy wypo¬częci a pogoda piękna, bezwietrzna i słonecz¬na.
Broń naładowana, gotowa do strzału chociaż zabezpieczona leżała podparta w pontonie jako, że ręce mieliśmy zajęte ciągłym, aczkolwiek powolnym wiosłowaniem.
Dopłynęliśmy do naszego starego domku myśliwskiego zwanego często „kaczym”. Postawiono go - w sto¬sunku do letniego poziomu wody w pobliskim rowie i bagnie - na kilkumetrowym wzniesieniu.
Stał cały w wodzie, która sięgała prawie parapetów okien. Przez szyby zajrzeliśmy do wnętrza. Tylko najwyższy rząd kafli dużej, wiejskiej kuchni wystawał nieco ponad wodę.
Opłynęliśmy dom. Nie śpieszyliśmy się nigdzie. Czas na rozlewisku i tym odludziu dla nas się zatrzymał. Nie odgrywał żadnej roli. Nigdzie tak jak tu i teraz nie czuliśmy się bardziej wolni.
To było piękne, wspaniałe uczucie i co naj¬ważniejsze - prawdziwe. Jeśli nawet nie wrócimy na noc do leśniczówki to nic się nie stanie, bo i tak nikt na nas w niej nie czeka.
Może będziemy nocować gdzieś na jakiejś wy¬sepce, może w pontonie, tego nie wiedzieliśmy i nie było to dla nas w ogóle ważne. Siedziałem na swojej desce z przodu pontonu. Było mi wygodniej obserwować przed sobą wodę i oprzeć swoją strzelbę o dziób pontonu ale za to mocno hu¬czało w uszach, gdy Stacho strzelał. Nie ukrywam, że zawsze wtedy myślałem aby swo¬im strzałem nie zawadził mnie przypadkowo o głowę.
Pływaliśmy ponad drogami, ponad ogrodzeniami, ponad zatopionymi zagajnikami i wśród sosno¬wych lasów. W wielu miejscach drzewom kilkumetrowej wy¬sokości wystawały z wody zaledwie ich wie¬rzchołki.
Niektóre konary wielkich drzew były pod wodą a inne rozchylały się równolegle do lustra wody, tuż nad jego powierzchnią. Takie dziwa¬czne wielkie drzewo bez pnia. Stosunkowo mało widywaliśmy wodnego ptactwa. Na tym bezkresnym morzu wody - kaczki, łyski czy perkozy rozprzestrzeniły się na wielkich połaciach.
Ptactwa brodzącego w ogóle nie było widać jako, że w żadnym kierunku, aż po horyzont nie spostrze¬gliśmy najmniejszej wysepki. Wolno ale stale posuwaliśmy się w głąb rozlewiska.

Już dawno minęło południe. Od czasu do czasu wyciągaliśmy drętwiejące nogi. Czasami ostrożnie, utrzymując równowagę wstawaliśmy na tym chyboczącym pon¬tonie, odczuwając ogromną przyjemność tej pozycji po wielogodzinnym siedzeniu. Dobrze, że podłoga w nim też jest pompowana co ją usztywnia i tworzy jeszcze jedną ko¬morę powietrzną.
Dwa strzelone już piżmaki leżą w naszym za¬pasowym i jakby ratunkowym pontonie. Już dwukrotnie podciągaliśmy go korzystając z leżących w nim termosów. Pływamy po terenach dobrze nam znanych i czę¬sto, zwłaszcza jesienią, odwiedzanych. Jednak teraz wszystko tu jest inne, dziwne i jakby obce.
Po niektórych charakterystycznych drzewach czy kępach drzew, wspólnie ze Stachem usiłujemy dokładnie zlokalizować nasze położenie. Co chwilę któryś z nas głośno zauważa: -chyba jesteśmy koło bagna przy...,albo -tutaj pod nami powinna być droga do..., czy też: -tamte drzewa to chyba są te ostatnie przed długim, kaczym bagnem. Jeśli tak to bagienne osty powinny być na powierzchni. I płyniemy w tamtym kierunku tylko po to by nasze przypuszczenia potwierdzić. Przecież i tak jest nam wszystko jedno dokąd płyniemy. Byle by stale do przodu i bliżej nurtu Narwi.
Jak on wygląda przy takiej powodzi? Czy uda się nam jak najbliżej podpłynąć i zobaczyć z bliska ? Czy uznamy, że jest to zbyt niebezpieczne naszym małym pontonem, zwłasz¬cza bez silnika i popatrzymy z pewnej odle¬głości tylko przez lornetkę ?
Latem, tyle razy chodziliśmy brzegiem rzeki za kaczkami. Łapaliśmy ryby siedząc na wysokiej skarpie czy też pływaliśmy, kąpali podczas upałów.
Zawsze była przyjazna choć w miarę szeroka i głęboka. Jak wygląda dzisiaj?
Biorąc pod uwagę naszą znajomość terenu i to co widzimy, co jest zalane, to w nurcie Narwi winno być osiem a może nawet dziesięć metrów głębokości. Z piżmakami jest nie najlepiej. Spodziewaliśmy się większej ilości spotkań z nimi. Porozpływały się na ogromnych przestrzeniach, szukając tymczasowych schronień w koronach wystających drzew i krzakach. Przybył nam wprawdzie jeszcze jeden ale to nie jest najważniejsze.

Odczuwamy coś, czego nie da się tak jedno¬znacznie określić. Coś pięknego i tajemnicze¬go a jednocześnie coś jakby strasznego, wręcz złowrogiego.
Nie mamy najmniejszego uczucia strachu, lecz tli się gdzieś wewnątrz jakiś lęk. Nie oddalibyśmy tych chwil i tych widoków za żadne domowe kawy, brydże, pokery czy inne zabawy.
Jesteśmy na tym ogromie wody w naszym pontoniku niczym jak ziarnko piasku. Pod nami są łąki i pastwiska. Przepływając ponad górkami widzimy na głębokości dwóch może więcej metrów ogrodzeniowe kołki z drutem kolczastym.
Woda na rozlewisku, z dala od nurtu rzeki ma dużą przezroczystość zwłaszcza gdy pod odpowiednim kątem padają promienie słoneczne. Skoro zaczęły się poogradzane łąki, które dochodzą do samej Narwi to by znaczyło, że do jej nurtu mamy już tylko około kilometra.
W dalszym ciągu nigdzie żadnego lądu. Aż strach pomyśleć co będzie jeśli komuś kawałek lądu chociaż z jednym krzaczkiem będzie bardzo potrzebny.
Kilkaset metrów przed nami widzimy rząd du¬żych drzew. To chyba są ostatnie drzewa przed rzeką. Rosną jakby nad starym korytem Narwi. Jesienią lubiliśmy podchodzić tam kaczki. Teraz nie ma tam starego koryta. Jest tylko jedno i wielkie.
Co chwilę lornetujemy upewniając się czy dobrze określamy rosnące, a właściwie wysta¬jące z wody, drzewa. Tak. Za tymi drzewami jest Narew. Zauważamy, że wiosłuje się nam jakby lżej. I tak jest, gdyż zbliżając się do nurtu, mi¬mo, że jest jeszcze do niego kilkaset metrów, woda już nie stoi w miejscu jak na całym do¬tychczasowym rozlewisku, a porusza się w kierunku spływu wód rzeki. Stąd nasze odczucie, że szybciej płyniemy czy też lżej wiosłujemy.

Dopływamy do szeregu pierwszych drzew. Przed nami wielki dąb, którego niezatopione konary rozłożyście unoszą się nisko ponad po¬wierzchnią wody. Będziemy pod nimi przepływać.
Obaj ze Stachem pochyliliśmy głowy wy¬konując jednoczesny skłon tułowiem w tą samą, lewą stronę. Tak karygodnie nierozsądne i nieprzemyślane zachowanie dało błyskawiczny efekt. Ponton jakby wystrzelił nam spod siedzeń, przewracając się na prawą stronę jednocześnie dnem do góry.
Wszystko odbyło się tak szybko, że nawet nie wiem jak wpadałem do wody i jak zdążyłem je¬szcze pochwycić strzelbą, opartą przed wywro¬tką o dziób pontonu. W każdym razie wraz z nią wynurzyłem się po chwili spod wody i dopłynąłem jak najszybciej do pobliskich gałęzi. Ułamałem jedną z nich i powiesiłem broń. Trzymając się ręką jakiegoś konaru odwróci¬łem się do Stacha.
On także zanurzony po szyję trzymał się obejmując boczną komorę małego pontonu. Nasza Lenka, dalej przyczepiona sznurkiem do leżącego obok dnem do góry dużego pontonu, utrzymywała się na powierzchni jakby w ogóle nic się nie stało.
Stacho też spojrzał na mnie. Głośno się śmiał i krzyknął: -masz czegoś chciał!.
Nigdy nie dowiedziałem się dlaczego tak wła¬śnie krzyknął. Przecież ja tego wcale nie planowałem ani nie chciałem.
Wiosła, drewniane deski jako siedzenia, moja futrzana czapa i jakieś inne drobne przedmioty wolno odpływały. Musieliśmy działać bardzo szybko. W przemoczonych watowanych spodniach, gumowo-filcowych butach, kożuszanych kurtach, szalikach i rękawiczkach, pływając w lodowa¬tej wodzie kilka kilometrów od lądu zdani byliśmy na dwie konieczności warunkujące nasze dalsze losy.
Pierwsza konieczność to natychmiastowe zna¬lezienie się znów na pontonie gdyż watowane, grube ubrania coraz bardziej nasiąkały wodą wręcz uniemożliwiając pływanie.
Druga - to jak najszybsze i bezwzględnie koniecznie złapanie choć jednego wiosła czy deski. Bez tego nasz powrót do domu byłby niewia¬rygodnie trudny.
Zostawiając wiszącą na gałęzi strzelbę pod¬płynąłem do Stacha. Była na to najwyższa pora. Ciężkie buty wypełnione wodą i nasiąknięty ubiór robił swoje. Chciałem płynąć ale czułem, że bardziej stałem niż leżałem na wodzie.
Odwróciliśmy ponton. Wgramcliliśmy się z tru¬dem na niego wzajemnie ubezpieczając równo¬wagę. Nie było to wcale łatwe. Jak jeden z nas wczołgiwał się od tyłu pontonu, drugi w tym czasie obciążał przód. Lekki ponton chybotał się na powierzchni ale nie mieliśmy obawy przed następnym wypadnięciem bo już bardziej mokrzy być nie mog-liśmy.
Liczyła się tylko nasza sprawność w obliczu upływającego czasu gdyż z każdą sekundą nasze wiosła i deski były coraz dalej. Klęcząc obaj na podłodze pontonu rozłożony¬mi dłońmi, nie czując w ogóle zimna wiosłowa¬liśmy co sił w rękach. Nie pamiętam już czy złapaliśmy pierwszą deskę czy wiosło. Pamiętam natomiast, że gdy to się stało, poczułem ogromną ulgę i odprężenie. No bo jak mielibyśmy płynąć kilka godzin do do¬mu w przemoczonych do bielizny ubraniach, od¬pychając się gołymi rękami w wodzie o temperaturze nieco powyżej zera, na co wskazywałyby utrzymujące się w krzakach od północnej stro¬ny płaty cienkiego lodu ?
Wiosłując już szeroką powierzchnią a nie dło¬nią sprawiło, że wyłapanie pozostałych przedmiotów było już kwestią tylko krótkiego cza¬su.
Po kilku minutach, siedząc znowu na deskach i mocno, rytmicznie odpychające się z obu stron pontonu prawdziwymi wiosłami szybko dopłynę¬liśmy do gałęzi na której wisiała moja dubel¬tówka.
Stacho nie miał tyle szczęścia. Jego broń poszła na dno. Będąc jeszcze w wodzie zaznaczył ułamaną ga¬łęzią jak najdokładniej miejsce naszej wywro¬tki. Wtedy nie mieliśmy jeszcze żadnego planu jak i kiedy się ją wyciągnie.
Jedynym teraz dylematem jaki mieliśmy to nie¬zdecydowanie czy wracać kilka kilometrów do miejsca skąd wypłynęliśmy, czy podjąć ryzyko płynięcia dużo krótszą droga do widzianej na horyzoncie jakiejś wioski ale za Narwią. Od koryta rzeki dzieliło nas jeszcze około trzystu metrów ale przez lornetkę widzieli¬śmy już jej bystry prawie kilometrowy i wzburzony nurt.
Nie mówiliśmy tego głośno do siebie ale tak Stacho jak i ja zdawaliśmy sobie całkowicie sprawę z powagi sytuacji.
Za wariantem wioski przez Narew przemawiała bliskość i nadzieja, że najdalej za godzinę będziemy mogli rozebrać się i suszyć. Wielogodzinna podróż powrotna w tym stanie
przerażała nas nie mniej.
Dalecy byliśmy od szpanowania odwagą. Wie¬dzieliśmy, że nigdy jeszcze nie płynęliśmy przez tak dużą i wzburzoną wodę. Nie mieliśmy żadnego doświadczenia jak w takich, warunkach zachowa się nasz niewielki i lekki ponton.
Co zastaniemy na tej kotłującej się wodzie po dwustu, trzystu metrach ? Gzy nie spotkamy tam mocnych wirów, lub czy nie będzie płynąć jakieś zwalone, podmyte drzewo czy inna przeszkoda o którą nie tru¬dno przedziurawić ponton?
Nie myśleliśmy i nie analizowaliśmy takich drobnych, choć istotnych szczegółów. Może dlatego, przestraszeni i już mocno wyziębieni zdecydowaliśmy, że popłyniemy do wioski przez Narew.
Usiądziemy na podłodze pontonu a nie na des¬kach aby obniżyć środek ciężkości i powinniśmy mimo wszystko przepłynąć. Nie było nam ani wygodnie siedzieć ani wio-słować. Żaden z nas jednak nie miał zamiaru poprawić tej niewygody i usiąść wyżej na de¬sce opartej na bocznych komorach pontonu. Wiosłami pracowaliśmy mocno ale tylko po to by płynąć skosem i nie dać się znieść bystre¬mu prądowi poza naszą wioskę z drugiej stro¬ny rzeki.
Gdyby tak trzeba było płynąć tylko z prądem do przodu, to byłaby wielka frajda a wiosło służyło by tylko jako ster i hamulec. Nawet nie przypuszczaliśmy, że będzie aż tak bystry nurt.
Ogromne ilości wody jakby nie tylko płynęły a jeszcze przelewały się przez siebie. Jakby nie jeden a dwa lub więcej prądów rzą¬dziły tą masą wody. Jeden gnał te niezliczone hektolitry do przo¬du a inne niczym walce przetaczały je jednocześnie od powierzchni w kierunku dna i znów do powierzchni kilkadziesiąt metrów dalej i tak bez przerwy.
Dookoła rozchodził się charakterystyczny plusk a raczej szum niespokojnej wody. Czasami cichszy, czasami głośniejszy. To nie była już taka woda jak na rozlewisku. Tamta była spokojna, że wprost łaskawa i prze¬zroczysta, chociaż także głęboka i niebezpie¬czna.
Wokół nas kłębił się żywioł wodny o gliniasto ziemnym kolorze. Już na głębokości pół metra przezroczystość zaniknęła całkowicie. Niewiarygodna ilość wody w jednej rzece. Ile jest jej we wszystkich rzekach zmierzających do jednego morza? Wydawało by się, że takiej ilości nie pomieści żaden zbiornik nawet gdyby tym zbiornikiem było morze.

Płynęliśmy szybko. Już nawet przyzwyczailiśmy się do nowej sytuacji i warunków. Czuliśmy się już nawet bezpieczni, choć na pewno żaden z nas nie zaryzykował by stanąć na pontonie aby rozprostować nogi, jak to od cza¬su do czasu robiliśmy na rozlewisku.

Wioska była coraz bliżej. Przez lornetkę widzieliśmy ją bardzo dokład¬nie lecz niestety wszystkie domy stały w wodzie. Stodoły, obory, podwórza, wszystko zalane wodą.
Lornetujemy ciągle z nadzieją i niedowierza¬niem. Ani żywej duszy. Wioska widmo. Domom bliżej Narwi wystają z wody tylko dachy. Im dalej w głąb, tym domy coraz mniej zalane. Na końcu wioski domom widać nawet okna na parterze. Widocznie tam było najwyżej. Wszyscy mieszkańcy zostali pewnie ewakuowani razem z całym dobytkiem. Czyżby nasz trud poszedł na marne? Co teraz wymyślimy i co zrobimy w tych do cna przemoczonych ubraniach? Bodziec strachu był doskonałym antidotum na zimno. Zupełnie na jakiś czas zapomnieliśmy o nim jak i o mokrych ubraniach.
Teraz gdy zbliżamy się do wioski, gdy lęk bezpowrotnie odchodził, zimno dało nam znać
o sobie ze zdwojoną siłą. Wpłynęliśmy do zatopionej wioski. Kluczyliśmy wokół domów, ponad podwórkami przesuwając się w jej głąb gdzie domy były coraz mniej zatopione.
Nasz trud wynagrodzony został radością gdy w jednym z ostatnich gospodarstw ujrzeliśmy jak ze stodoły wypływa łodzią, zapewne gospo¬darz, przewożący siano i snopki słomy.
Krzyknęliśmy do niego. On odwrócił się także w naszym kierunku nie ukrywając zdumienia.
Przywitaliśmy się i w kilku słowach przedsta¬wili naszą niezbyt wesołą sytuację.
I znów mieliśmy ogromne szczęście. Ten ostatni dom stał najwyżej. Zalane miał piwnice i fun¬damenty do wysokości sześciu schodków po ja¬kich wchodziło się do domu od strony podwó¬rza. Podłoga domu tuż nad woda była sucha.
Po kilku następnych minutach, przywiezione łodzią spod stodoły szczapy rąbanego drzewa trzaskały iskrami pod kuchnią. Rozebrani do majtek rozkładaliśmy nasze jak gnój mokre ubrania wokół coraz gorętszego pieca.
W gospodarskiej szafie znalazła się także półlitrówka "czystej". Jeszcze nigdy mi tak nie smakowała i nigdy nie była tak przydatna jak teraz. Jako, że zęby przestały nam już szczekać Stacho z gospodarzem, jego dużą łodzią tzw. py¬chówką, zabrawszy najdłuższy bosak popłynęli szukać strzelby.
Ja zostałem w domu pilnować ognia. Widocznie dobrze pilnowałem i mocno podkła-dałem bo ogień był na tyle duży, że spaliłem dresy, podkoszulkę i koszulę, skarpety, pasek i jakieś inne drobiazgi.
Po godzinie, może trochę dłużej, wrócili Stacho z gospodarzem i ze strzelbą.
Mieli szczęście. W miejscu wywrotki pontonu było zaledwie cztery metry głębokości, czyli tyle ile wynosi długość bosaka. Trochę dalej, jak oznajmił gospodarz znający topografię terenu, było by już siedem metrów i żaden bosak nie sięgnął by dna. Strzelbę wyciągnęli stosunkowo szybko. Zasługa to Stacha, który bardzo dokładnie ozna¬czył miejsce.

Pobyliśmy jeszcze trochę w gościnie u gospodarza, dokończyliśmy przesuszanie ubrań a właściwie bielizny, dresów i koszul bo wa¬ciaki dalej były mokre, tyle że nie ociekały wodą i rozpoczęliśmy podróż powrotną - znowu przez Narew, nisko w pontonie. Z rzeką i jej nurtem już byliśmy zaznajomieni. Nie byliśmy nowicjuszami nic nie wiedzą¬cymi a wprost przeciwnie, mieliśmy już spore doświadczenie.
Dokładnie wiedzieliśmy jak wygląda naprawdę duża rzeka od strony brzegu i na samym jej środku w trakcie powodziowego przyboru.
Powrót do leśniczówki zajął nam kilka godzin.
Byliśmy już prawie u celu lecz jeszcze na wodzie, gdy ujrzałem może metr pod wodą trawę. Tylko Stacho powstrzymał mnie abym nie skoczył do wody. Tak byłem zziębnięty i zdrętwiały, tak bardzo chciałem poskakać po lą¬dzie, że ten metr wody wcale mi nie przeszka¬dzał.

Nie zrażeni przygodą, a jedynie małą ilością po¬zyskanych piżmaków, postanowiliśmy spakować rzeczy i jeszcze tego, aczkolwiek późnego wieczoru wyjechać w trzystu-kilometrową podróż do innego naszego łowiska. Na Suwalszczyźnę. Tam na bagnach dopiero będą piżmacze łowy. Bo na suwalszczyźnie w okolicach wioski Wiżajny piżmaki są duże jak koty, koty jak psy, psy jak niedźwiedzie a niedźwiedzie... Niedźwiedzie zastąpiono krowami. Ludzie zresztą też tam do zwykłych niepo¬dobni . Jacyś tacy spokojni, mili i zawsze serdeczni.
Musimy szybko jechać, by przed świtem wypłynąć pontonem na jezioro lub zasiąść przy bagnie. Tam dopiero będą piżmaki.

W.G.

 

image-1189
image-1188
Podpływamy w kierunku „Chylińskiej”. Wszędzie tylko woda i woda.
Podpływamy w kierunku „Chylińskiej”. Wszędzie tylko woda i woda.
image-1186
Wiosłujemy w kierunku naszego „kaczego” domku, który stoi na 2-3 m wzniesieniu. Domek widać z daleka i coraz bliżej. Zaglądamy przez okna. Z wody wystają najwyższe kafle kuchni.
image-1184
Wiosłujemy w kierunku naszego „kaczego” domku, który stoi na 2-3 m wzniesieniu. Domek widać z daleka i coraz bliżej. Zaglądamy przez okna. Z wody wystają najwyższe kafle kuchni.
image-1183
Niższe partie Sielca też pod wodą. Ulica, budynek straży.
 Wreszcie jesteśmy w obwodzie. Dojeżdżamy do Sielca. Od zatopionego podwórka Danoskiego rozpoczyna się rozlewisko. Do Narwi, prawą stroną – kilka kilometrów.
Niższe partie Sielca też pod wodą. Ulica, budynek straży.
Wreszcie jesteśmy w obwodzie. Dojeżdżamy do Sielca. Od zatopionego podwórka Danoskiego rozpoczyna się rozlewisko. Do Narwi, prawą stroną – kilka kilometrów.
Za Pułtuskiem, po prawej stronie – morze wody. Wielu domom widać tylko dachy.
Główne ulice, dworzec autobusowy, szkoła, rynek, setki domów zalane wodą.
image-1178
Za Pułtuskiem, po prawej stronie – morze wody. Wielu domom widać tylko dachy.
Główne ulice, dworzec autobusowy, szkoła, rynek, setki domów zalane wodą.
image-1177
 
 
  
 

Copyright © 2012 Koło Łowieckie