Gwarki Kol. W. Galeckiego


Wstęp
Na skraju pola, pod samym lasem
Jeden stał kulas z drugim kulasem
Naboje w lufy włożyli chyżo
A portki im obu zające liżą.
I nagle ciszę pod lasem przerwało
Jakby sto armat naraz strzelało
Z prawa i z lewa zające szorują
A dwa kulasy tylko pudłują
Przedpole całe zasłane łuskami
Widzieliście zresztą to sami…..

 

 

 

Tak to się zaczęło w roku 1975. W obwodzie 144 na polu, na lewo od szosy tuż za mostem na Pytlosze jadąc od Maciejowic do Łaskarzewa. Cała kilkunastoosobowa linia myśliwych ustawiona wzdłuż lasu była świadkiem jak kilka pędzonych zajęcy „jak po sznurku” poszło na flankę, na stojących tam dwóch Jaśków, Szelocha i Kalbarczyka. Poszły i przeszły całe i zdrowe mimo straszliwej kanonady obu Janków.
Wszystkie zające przechodziły obok nich w odległości skutecznego strzału a niektóre jak nam się wydawało z linii to przebiegały im prawie pomiędzy nogami.
„Na skraju pola” napisany był natychmiast po zdarzeniu i odczytany po następnym pędzeniu. Odbiegał on gwarą od powyższego. Oryginał, złożony na kawałku przypadkowego papieru, o wiele dłuższy , traktowany wówczas jako jednorazowy, chwilowy żart, zaginął i nigdy nie potrafiłem już go odtworzyć w całości. Zresztą i tak nie nadawał by się w oryginale do wydruku z uwagi na swoisty, nader bezpośredni słowny „folklor”. W oryginale nie stały pod lasem kulasy a zające jeśli im lizały to nie portki.
Wierszyk mimo całej realistycznej, nieco brutalnej swojej bezpośredniości nie był złośliwym i przyjęty został bardzo wesoło przez zarówno Kolegów obserwatorów jak i samych bohaterów wydarzenia.
To stało się głównym czynnikiem zrodzenia się myśli opisywania w podobny sposób naszych łowieckich przygód i zdarzeń.
W gwarkach znalazły się głównie takie, które same w sobie nosiły jakąś nutę groteski.
Wszystkie gwarki, wierszyki, bajki i piosenki zgromadzone w niniejszym zbiorze ze zrozumiałych względów są także nieco wygładzone a więc odbiegają od oryginałów. Mam jednak nadzieję, że udało mi się zachować w nich to co nas kiedyś śmieszyło i bawiło.
Tylko nieliczne gwarki są wytworem fantazji, ale i te inspirowane były faktycznymi wydarzeniami jak np. „Koszmarna wizja” napisana w związku z przyjęciem do Koła po raz pierwszy pań.
Większość gwarek i wierszy opisuje faktyczne zdarzenia. Starałem się oddać w nich jak najwięcej autentyzmu, często przytaczając dosłowne słowa i zwroty wypowiadane przez bohaterów. Dlatego też w wyjątkowych przypadkach nie zastępowałem „słonych” wypowiedzi gdyż dla zachowania autentyzmu niektóre zwroty są nie do zastąpienia.
Starałem się także aby jak najpełniej opisać przywary, cechy charakteru, przyzwyczajenia itp. Poszczególnych Kolegów występujących w mich gwarkach. Szczególnie lubiłem opisywać członków Zarządu od prezesów rozpoczynając moje „przywalenia” właśnie im, cieszyły najbardziej ogół Kolegów.
Zauważyłem, że bohaterowie gwarek cieszyli się na równie z pozostałymi, słuchającymi Kolegami.
Nigdy nie zdarzyło się by ktoś miał żal, czy też najmniejszą pretensję z faktu jego opisania. Wprost przeciwnie. Wielu Kolegów cieszyło się, że dostąpili zaszczytu bycia bohaterami gwarek.
Nigdy nie posądzono mnie o jakąkolwiek złośliwość. I to uważam za największy ich sukces.
Czytając gwarki po latach zauważyłem, że wiele drobnych faktów towarzyszących głównym zdarzeniom zupełnie zatarło się w pamięci. Dopiero czytając je przypominamy sobie te drobne zapomniane epizodziki . Gwarki są więc także swoistą kroniką Koła Łowieckiego „URSUS”, aczkolwiek rejestrowały przede wszystkim ciekawe same w sobie zdarzenia i fakty. W humorystyczny sposób napiętnowały zachowania tak Kolegów jak i posunięcia Zarządu. Ewentualne nawet drobne „przekręty” zawsze narażone były na ich wyolbrzymienie i upublicznienie.
W 40-tym roku mojej przynależności do PZŁ i Koła Łowieckiego „URSUS” przekazuję Wam Koledzy niniejszy zbiorek gwarek gromadzony od 1975 roku.
Niektóre z nich zaginęły ale te które pozostały niech przypominają nam naszą młodość, leśne przygody i wszystko to co było dla nas takie piękne.
Niech zbiorek ten w smutnych chwilach stanie się balsamem uśmiechu i radości. Młodym niech ukazuje przeszłość naszego Koła, panujące w nim zwyczaje i przygody ich starszych Kolegów.
Niektórzy Koledzy, tworzący swoją wielką osobowością historię Koła (Michał Anioł, Gabryś Samsonowicz, Eugeniusz Deputata, Edward Czerwiński, Jurek Kapusta, Andrzej Przybysz) nie doczekali się ukazania się niniejszego zbiorku Ala zawsze pozostaną wśród nas bo ich imiona będą czytane i wspominane w gwarkach dokąd istnieć będzie chociażby jeden, ostatni egzemplarz zbiorku. Ze swojej strony składam wam Koledzy serdeczne podziękowania za zawsze ciepłe przyjmowanie gwarek. Śmialiście się z nich a ja cieszyłem się, że Wy się cieszycie. Był to niezaprzeczalny dowód, że to co napisałem zostało przez Was zaaprobowane, że sprawiłem Wam radość.
Każdy człowiek jest trochę próżny i Wasze śmiechy, okrzyki i oklaski były mi bardzo miłe. To zaś działało motorycznie na pisanie następnych i następnych do których to Wy dostarczaliście mi tematów.
I tak wspólnymi siłami doprowadziliśmy do wydania niniejszego zbiorku.
 

Wesoły autobusik
Wesoły gwar, żarty, dowcipy, kawały a przede wszystkim śpiew od początku do końca podróży charakteryzowały wszystkie autokarowe wyjazdy na polowanie w latach siedemdziesiątych.
„Nadwornym zaśpiewjłą” był Bolek Caputa z szerokim repertuarem piosenek „starej Warszawy” wśród których najczęściej śpiewane były o „Hance” i „Gnojnej”.
Nie mogło zdarzyć się aby Jurek Kapusta nie odśpiewał chrypiącym głosem „Ramony” i „Zochy” a Jasio Kosiński swym melodyjnym tenorem „Pameli” i nieodłącznej „Mamy”.
Jeden z najstarszych stażem myśliwych, współzałożyciel naszego Koła Lonek Czerwiński znany był również z wyjątkowego apetytu.
Niepalący Edek Piotrowski wciąż walczył z palaczami, najczęściej bezskutecznie.
Tadek Gostyński chodził po autokarze i każdego po kilka razy pytał czy go kocha?
Wszystko odbywało się w wielkim zgiełku gdyż niejednokrotnie śpiewano jednocześnie kilka piosenek różnych grupach i różnych tonacjach. Z dużej sympatii do Łowczego Andrzeja Przybysza Koledzy z dużą radością lubili opowiadać o nim bajeczne legendy a zwłaszcza o jego wielkiej, męskiej potędze…
W czasie każdej podróży, zwłaszcza powrotnej kierowca autokaru musiał kilkukrotnie zatrzymywać się to przed kolejnym barem, to znów przed kolejnym laskiem.
Z ogromnym hurgotem wszyscy głośno wychodzili za potrzebą nie przerywając często śpiewanych piosenek.
Tego w zasadzie nie da się opowiedzieć. To można było tylko przeżyć.
Ta swoista i nie zapomniana atmosfera jest już tylko legendą.
Z uwagi na zmianę warunków ekonomicznych i socjalnych w kraju jak i w Zakładach Mechanicznych „URSUS” , duży wzrost liczby prywatnych samochodów, wyjazdy autokarowe należą do rzadkości.
Koło już nie jest Kołem przyfabrycznym, nieco się postarzało a nowi, młodzi członkowie, może ze skromności nie potrafią jeszcze stać się siłą przewodnią i organizacyjną.
Pragnąc aby chociaż namiastka tamtych nie zapomnianych wyjazdów przechowała się w naszej pamięci, starałem się jak umiałem przekazać tamtą atmosferę w kronikarskim zapisie, w wigilijnej gwarce.

Wesoły autobusik

W autobusie jest wesoło
Gdy myśliwych wiezie z lasu
Gwarę swojską słychać w koło
Śpiew wypełnia resztę czasu
„ Zocha! Zocha ! Zocha izbę zamiatała
I Ma! i Ma ! i Macieja zawołała
Zocha izbę zamiatała
I Macieja zawołała
Lonek śpi rozanielony
Znów kapelusz jemu spadł
Wyszedł z knajpy rozżalony
Że dopiero by coś zjadł
Cztery wrąbał tam kotlety
Inny pękł by już i padł
Kufli piwa dla podniety
Siedem wypił i by jadł, jeszcze jadł
Ktoś tam mruczy na fotelu
Inny głosi coś wokoło
Ktoś używa znów fortelu
Jeszcze inny drze się w koło
„Witaj nam Polsko
Myśmy są wojsko
Biało-czrwone!
….cztery
Ledwo trochę ujechali
Ledwo motor ciepła złapał
A już wszyscy ci wspaniali
Podchwycili nowy zapał
Bo ktoś z tyłu głośno krzyczy
Stara wszystkich się przekrzyczeć
Niech kierowca zaraz stanie
Na zbiorowe wysikanie

Już gramolą się kozaki
Kasanowy co udają
Każdy źrebak nad źrebaki
A śmiech bierz co trzymają
Dumni stoją już w rozkroku
Każdy szukał długo w mroku
Każdy zrobił wielki daszek
Jak dla smoka, a to ptaszek
Taki tyci koliberek
Jak batonik, jak karmelek
Spokojniutkie to malutkie
Na łobuza za grzeczniutkie
Małe takie z jednym oczkiem
Gdzie to smokiem? Może smoczkiem?
I to smoczkiem niemowlaka
Taka fama jest kozaka

Jeden łowczy jak się widzi
Instrumentem się nie wstydzi
On jak naszczy rzeka płynie
I nie wsiąknie po godzinie

Wszyscy leją więc uparcie
Jeden koło już oblewa
Inny mach po asfalcie
Bolek trzyma i tak śpiewa
„Hanko! o tobie marzę
wśród bezsennych nocy
Hanko!
ja bez ciebie nie potrafię żyć”
Znów w siedzenia powsiadali
Znów autobus jedzie dalej
Ktoś wysoki ton wyciąga
A Jureczek tnie Amstronga
„Ramona!
twoje ciało pręży się i gnie
Ramona………
- Kto znowu pali do cholery
co za kulas polić musi
nawet człowiek przy niedzieli
w dymie musi się tu dusić
Wrzeszczy Edek, już chce wstać
Już chce w mordę komuś dać
- Otwórz okno wolę chłód
niech wyleci stąd ten smród
Nikt nie słucha, każdy śpiewa
Piosnka z piosnką wciąż się zlewa
„myśmy są wojsko
Zocha! Zocha!
ja bez ciebie nie potrafię żyć
Zocha! Zocha!
Musi być czysta myć się myć
I Ma ! i Ma !
biało-czerwone
…..cztery !”
Jeszcze Zochę Zygmunt prosi
Ciszę wszystkim już zaleca
Lubi słuchać on o Zosi
Widać Zośka go podnieca
A autobus jedzie dalej
Zocha izbę znów zamiata
W łeb ktoś ręką kogoś wali
Tak dla żartu, tak za brata
Gwar nikomu nie dolega
A ze środka się rozlega
Czysty tenor taki śpiewny
Raz wesoły a raz rzewny
Repertuar duży miewa
Gwar ustaje gdy on śpiewa
Jasio solo już zawodzi
„niebo skąpi suchej ziemi
kropli deszczu
niebo skąpi szczęścia
biednym tak jak my
ukochana, to jest nasz
ostatni wieczór….”
Gdy Pameli Mninie chwila
Pieśń następna czas umila
„Mamo daj forsę przeliczę
- synu a skąd mam ci dać
Maaamo !”
Raz Pamela, Hanka, Zocha
Tadek pyta czy go kochasz
Bolek „Gnojną” intonuje
Skarbnik długi inkasuje
Lecz znów z przodu ktoś już stęka
By kierowca zechciał stać
Ściska nogi bo to męka
Kiedy znowu chce się lać
- Niech kierowca się zatrzyma !
bo już dłużej nie wytrzymam
I do wyjścia wrzeszcząc pcha się
- nie po nogach ! krzyczy inny – Ty kulasie !
I kierowca już hamuje
Piąty raz cierpliwy
Lat już tyle wytrzymuje
Lat już tyle zna myśliwych
Znowu łowcy tak gęsiego
Ciągną na dwór w nocy mrok
Jeden pcha się na drugiego
Bo coś chwiejny mają krok
Już od wieków to od piwa
Tak się fajnie wszystko kiwa
Nic nie boli, nie dolega
Więc się piosnka znów rozlega
„kto chce myśliwym być, być, być
musi wesoło żyć, żyć, żyć
Asfalt znowu beczy pieje
Znowu Zośki i Macieje
Razem z sobą poplątane
Nie ma to jak wracać „Sanem”
Ktoś na jednej skacze nodze
Bąka puścił ktoś na drodze
Wszyscy chwieją się kiwają
Jak już znajdą to sikają
Jedni kończą, potrząchają
Inni jeszcze wciąż szukają
Komuś w mroku się beknęło
Co go piwko bardzie wzdęło
Łowczy znowu choć w udręce
Prymat Koła wziął w dwie ręce
Jak buchaja mocno trzyma
Czasem tylko się nadyma
Jak się nadmie to znów sika
Prestiż, ciężar to jest w rękach
Trzyma mocno jak przystało
To jest łowczy jakich mało
Każdy już się dawno zapiął
Wszyscy już do auta człapią
Każdy patrzy co się dzieje
Łowczy dalej jeszcze leje
Ktoś zawodzi tonem cienkim
„leje dysc, leje dysc
leje sikawica”
Już autobus jedzie dalej
Głośno krzyczy ktoś znów – Nalej !
Z boku także – Polej ! Polej !
Ciężką łowcy mają dolę
Ktoś odkręca, ktoś odbija
Łowcom szybko czas przemija
I tak jadą wciąż weseli
Łowca nigdy się nie smuci
By następnej już niedzieli
Razem w lasy znów powrócić
„bo kto myśliwym chce być, być
musi wesoło żyć, żyć, żyć

 

Ale jaja-wstęp
Kiedyś, bardzo dawno temu, w jednym z naszych obwodów, przydarzyło się to myśliwemu o dużym stażu i jeszcze większej wiedzy i doświadczeniu łowieckim. Ponad to był to myśliwy zajmujący wysokie stanowisko w leśnej hierarchii. Sprawa była delikatna i owiana wielką tajemnicą, lecz wszyscy o niej wiedzieli i o niej mówili.
W „Łowcu Polskim” ukazał się wiersz także opisujący to zdarzenie. W Kole posądzono mnie o jego autorstwo.
Częściowo miano rację bo rzeczywiście napisałem krótki wiersz o tej wpadce lecz w „Łowcu” wydrukowano inny wiersz, wprawdzie anonimowo ale mnie znany był autor.
Mój wiersz przeleżawszy w szufladzie wiele, wiele lat nosi tytuł:

 
Ale jaja 

Za górami, jeziorami
Mieszkał strzelec nad strzelcami
Miał on sztucer swój prawdziwy
I na dziki był leciwy

W noc gwieździstą, księżycową
Spotkał w owsie dziki dwa
Dwa od razu daję słowo
Taki fart to zawsze ma

Dzięki Boże żeś mi w darze
Te dwa dziki zesłał w parze
Serce skacze trwa podnieta
Ach pierdyknę Se dubleta

I pierdyknął on dwa razy
Strzały celne w samej rzeczy
Uśmiech szczęścia spływa z twarzy
Lecz coś w owsie chyba beczy

Może beczy, może muczy
W głowie też mu dziwnie huczy
Stał jak wryty, nie rozumiał
Żeby dzik ta muczeć umiał

Chciał podwyższyć swe wyniki
Całą noc się tu przyczajał
Gdy patroszył te dwa dzik
Ujrzał wielkie bycze jaja

Po tych jajach doszedł sedno
Strzelec nasz nie byle jaki
Że nie wszystko to jest jedno
Strzelać dziki czy cielaki

 
I Maniuśka
(czyli niedzielny ,życiorys myśliwego)
 

I Maniuśka moja Maniuśka
Choć że ze mną spać do łóżka
Przyjdź Maniuśka, przyjdź albowiem
Ja o łowach ci opowiem:

Przyjechali znów wspaniali
Myśliwi do lasu
Narobić hałasu
Mieli trochę czasu
Strzelby wzięli i kanapki
Nałożyli czapki
Zostawili babki ta joj, ta joj
I Maniuśka moja Maniuśka
Jeszcze dalej ci opowiem:

Gdy się w linii rozstawili
Łowcy co przybyli
Już weseli byli
Cichcem gdzieś popili
Ładowali wciąż naboje
Każdy w lufy swoje
Tak po dwa naboje ta joj, ta joj
I Maniuśka moja Maniuśka
Jeszcze dalej ci opowiem:

Przez dzień cały ci wspaniali
Po polach ganiali
Czasem też strzelali
Och ! jak pudłowali
Koty huków tak się bały
Że przez dzionek cały
Strasznie uciekały ta joj, ta joj

Po tych łowach przy kolacji
Ot bez żadnej racji
Tylko tak dla gracji
Jak to przy kolacji
Łowcy wszyscy byli mili
Bo już tacy byli
Kiedy równo pili ta joj, ta joj
I Maniuśka moja Maniuśka
Chodź że ze mną spać do łóżka

W domu Mani mówi trwoże:
Zaraz się położę
Tylko sobie włożę
Piżamkę o Boże
Po co gderasz dziewczę hoże
Ze ty spać nie możesz
Ze mną w tym odorze t joj, ta joj
I Maniuśka moja Maniuśka
Choć że ze mną spać do łóżka

Chodź tu Mańka ! rzecze srodze
Nie utrzymam wodze
Zaraz ci dogodzę
Choćby na podłodze
Mania patrzy, co się dzieje ?
Jak się stary chwieje
A jak z niego zieje ta joj, ta joj
I Maniuśka moja Maniuśka
Chodź że ze mną spać do łóżka

Widzi Mania, że to żarty
Bowiem na kanapie
Już jak niedźwiedź chrapie
I okropnie sapie
Łowcę zmorzył sen już twardy
Choć był taki hardy
Że dotrzyma warty ta joj, ta joj
I Maniuśka moja Maniuśka
Idź że zemną spać do łóżka
Dzisiaj mam ja taką trwogę
Że jak widzisz, nic nie mogę

I tak w każdą to niedzielę
Łowca gna do lasu
Narobić hałasu
Bo ma trochę czasu
Z kolegami spędzić cały
Dzionek znów wspaniały
I popić gorzały ta joj, ta joj
I Maniuśka moja Maniuśka …
- Maniuśka jutro ci wszystko opowiem..

 
Juruś Chwat i jego fart- wstęp

Zdarzyło się to w roku 1978 w obwodzie koło Przasnysza na zbiorowym polowaniu na zające.
Bohaterem niefortunnym jest śp. Jurek Kapusta.
Gwarka jest tak prawdziwa, że jakiekolwiek wprowadzenie jest zbędne. Chronologicznie i dokładnie opisuje ona przebieg wydarzeń.
Dla kronikarskiego zapisu można jedynie dodać że polowanie prowadził ówczesny łowczy śp. Andrzej Przybysz i to on zawiesił Jurka w polowaniu, odsyłając go na wóz, gdy powiązana sznurowadłem strzelba sama wypaliła na stanowisku.
Dla wszystkich myśliwych z Koła jest oczywiste że doradzający Stach to może być tylko i wyłącznie Stasiek Zarzecki inaczej „Siwy” specjalizujący się od zawsze i chyba już dozgonnie w profesji doradztwa szczególnie na polowaniach zbiorowych.
 

  Juruś Chwat i jego fart 

Gdy kolędę zaśpiewają
Jak to cuda ogłaszają
Aniołowie, wszem i w koło
Mają także nasze Koło
Oczywiście w swojej myśli
Bo nikomu się nie przyśni,
Rzadko też się komu uda
Ale u nas takie cuda
W lesie się zdarzyły w grudniu
Tego roku, dziesiątego
Wkrótce zaraz po południu
Nie zapomnę nigdy tego.
Niech go wściekły lis popieści
Kto chce wiedzieć co i jak ?
To dosłownie było tak

Stali sobie w zwartej grupie
Po kolejnym już pędzeniu
Jeden drapał się po dupie
Inny wspomniał o jedzeniu
Stali sobie tak w kółeczku
Tak na linii na słoneczku.

Jeden z tych co razem stał
Taki pomysł w dechę miał
Więc ten jeden do ogółu
Z tym pomysłem puki co
Rzekł po prostu bez szczegółów
By się kopnąć w dupę swą.
Tak po prostu, tak zwyczajnie
Podskok, pięta, dupa, no i fajnie

Chociaż wielu stało tam
Nikt nie skakał, musiał sam
On już taki po mamusi
Gdy ktoś nie chce, to on musi
Stał on w drzewa nieco cieniu
Strzelbę trzymał na ramieniu
Wszyscy patrzą całą kupą
Jak się pięta spotka z dupą

Już podskoczył Jurek w górę
Wszyscy stoją obok murem
Lecz gdy ziemia przyciągnęła
Nieco wcześniej niż on chciał
I gehenna się zaczęła
Nie ma strzelby którą miał.

Rąbnął w ziemię niby łomem
Aż się zatrząsł cały las
Strzelba stała się już złomem
Nim zdążyłeś rzeknąć –„raz”

Nasz myśliwy ruszył główką
Związał strzelbę wnet sznurówką
Potem wzmocnił jeszcze trokiem
No i wolnym ruszył krokiem
Niedaleko, nawet blisko
Na łowieckie stanowisko

Załadował, stał gdzie mógł
Aż tu naraz, wielki huk
Strzelba ogniem sama zionie
I w poziomie i też w pionie
Spustu nawet nie dotyka
Szok emocji dech zatyka
Jak szalony koń bez uzdy
Naganiaczy kładzie w bruzdy
A myśliwi co zdążyli
Za drzewami się pokryli

On już marzy jak w przyszłości
Robić w konia będzie gości
Jak położy na ambonie
Swoją strzelbę pełną czarów
On jak król w koronie
Sam wyskoczy gdzieś do baru
Strzelba sama powystrzela
Tuszę tylko będzie zbierał

Tak rozmyślał by bez końca
Do zachodu chyba słońca
Jak to kiedyś czas pokaże
Zawsze królem, ba cesarzem
Z taką strzelbą być on musi
Kto dorównać się pokusi
Lecz wnet łowczy się pokazał
Przerwał ogień. Na wóz! – wskazał

Co to byłby za myśliwy
Gdyby myśleć nie potrafił
Los to wprawdzie miał złośliwy
Lecz na wozie kumpla trafił
Co się zmęczył gdzieś w pędzeniu
Teraz jeździ na siedzeniu
Wymieniwszy strzelby swoje
Co ustrzeli, rzekł, -na dwoje

Znowu stoi już pod sosną
Raptem włosy jemu rosną
Rudy przednim lis już bieży
Kumpla strzelbą już wymierzył
Promienieją jemu lica
Może nie lis a lisica
Strzał padł chyba w czas
A lis zmyka w gęsty las

Stach stał obok, widział wszystko
Jak się zmartwił biedaczysko
Jak za lisem co wpadł w trawę
Wypatruje oczy łzawe
Więc do Jurka krzyknął naraz
-Goń go! Szybko! I to zaraz!
-Wnet dopadniesz tego lisa
Chyba, że ci nisko zwisa

Stasio musiał coś powiedzieć
Stasio nie mógł by usiedzieć
On nie trawi po jedzeniu
Gdy nie powie coś w pędzeniu.
Stacho w siwym swym czerepie
Ma komputer na „być lepiej”
On potrafi aż się spienić
Gdy nie może czegoś zmienić
On doradzi, on podpowie
Jak ma lepiej być Stach podpowie

Skoczył Juruś w lasu mrok
Wydłużając coraz krok
Lasu tak jest uroda
Że gdzie niegdzie leży kłoda
Więc przez kłodę Juruś wali
Łbem po ziemi parę cali
W górze nogi dwa koziołki
Znów przewrót, znów fikołki
Mech mu zwisa z drżącej brody
Ale z drugiej strony kłody,
Lecz są tylko to drobiazgi
Kumpla strzelba też już w drzazgi
Leży tylko jakaś rura
Obok zdechła już lisiura
Juruś wzdycha, klnie stęka
Podniósł z ziemi kawał sęka
Co to kolbą był przed chwilą
- W łeb Se strzelić lepiej było
Co ma zrobić myśli z tym
- Tylko w łeb, lecz nie ma czym

Idzie Juruś sam po lesie
I pod pachą strzelbę niesie
Dwie jej części prawdę mówiąc
Drzazgi z kolby jeszcze gubiąc
I do wozu z miną smutną
Podszedł szepcąc tak cichutko
- To nie wina przecie twoja
Kumpel jęknął. – To je moja?
Coś bełkotnął, czkawki dostał
I bez ruch tak pozostał
Przez następną chwile dłuższą
Mało życie mu nie uszło

Tak to lisa strzelił chwat
Czekał na to osiem lat

Remont potrwa pięć miesięcy
Tyle też lis wart tysięcy
Lecz by Stacho nie doradzał
Nosa swego by nie wsadzał
Albo Jurek by był cwańszy
Lis ten był by wiele tańszy
Z bronią kiedy gna się w las
Może zdarzyć się tak raz
Mawiał kiedyś prezes-tata
Kłoda, grabarz i łopata

I niech powie ktoś bez trudu
Ze w tym Kole nie ma cudów
Więc koledzy dziś śpiewajmy
Cuda, cuda rozgłaszajmy
 

 

Diabli nadali
Zdradzę wam tu jedną zmyłkę
Jak to tylko przez pomyłkę
URSUS z RYSIEM a „fuzję” weszło
Tak to było lecz już przeszło.
Były żale i euforia
Dziś to już historia
I choć wyszła z tego draka:
Z „fuzji” tylko tej przyczyny
No bo temat był jedyny
„Nadzwyczajne” nam zwołano
W pierwszy lipca, w samo rano.
Po dyskusji, głosowaniu,
Różnych zdaniach, głów łamaniu,
„Skrutacyjna” rzekła tak
- Więcej głosów jest za „ZA”
(skrutacyjna choć wybrana
wcześniej była już dobrana)
Kilka głosów tych w kopercie
Położono w aktach stercie
Garwolińskich głosy łowców
Przeciw „fuzji” wszystkich chłopców.
Ponoć były uzgodnione
Teraz są unieważnione.
Jeden z Sali afiszował
- Może ktoś tam je sfałszował!
Że koperta ta zamknięta
Co w niej, rzecz to niepojęta
By nie było żadnej wpadki
Lepiej przyznać ją w odpadki.
Tak się „fuzja” stała faktem
Chociaż z pewnym to nietaktem.

Powiem wam tu jeszcze dalej
„Fuzja” przeszła nam przez Alę.
Wiecie którą? No „Łysego”
Przez jej zmyłkę to do tego.
Bo to wiecie moi mili
„RYS” się z Ryśkiem jej pomylił.
Na tym tle dostała hysia
By koniecznie przyjąć Rysia.
Fakt się z faktem w całość klei
Ale powiem po kolei.

Ala super jest „kobita”
Mówią, w ciemię, że nie bita
Taki chytry plan zmyśliła
Inna by go nie wyśniła
Skrupulatny, drobiazgowy,
Po pretekstem to „odnowy”
Przekonała tak Andrzeja
- Tylko w „fuzji” jest nadzieja.
Nowych trzeba, mówi co by
Stare pryki i nieroby
Tałatajstwa zgromadzenie
Weszło „fuzją” w odrodzenie!
To niektórych kilka racji
Z jej argumentacji.
Więc „Łysego” dla tej sprawy
Spakowała do Warszawy.
Solo w przeddzień to zebrania
Z wytycznymi głosowania.

Wprawdzie bała się, ajuści
By się „Łysy” gdzieś nie puścił
By nie zrobił żadnej kiwki
Bo przy drogach ruskie dziwki
Podkasane, opalone
I jak w cieczce napalone.
A tu „Łysy” sam do miasta
Lecz głos musi dać i basta.
Ma załatwić tylko jedno
Nigdzie w bok. W tym jest sedno.

By nie skręcił na głupotę
Wymyśliła mu robotę.
Wszystko było przemyślane.
Przed wyjazdem, tuż nad ranem
W aucie jemu pogrzebała
Coś pod maską pozgniatała,
Sądząc, że na drodze w dali
Coś zaiskrzy, coś się spali.
W sumie dać ma to wyniki
By rąbnęły bezpieczniki
Jeszcze się na pomysł wzięła
Linkę maski też nadcięła.
Gdy pociągniesz tylko jęknie
Napnie się i zaraz pęknie
By naprawy jacyś skorzy
Już nie mogli jej otworzyć.
Sprytna jucha. Drobiazgowa.
UOP przed nią to się chowa.
Skończy tylko się zebranie
Czasu nic mu nie zostanie
Zagłosuje i robota
Przejdzie mu do bab ochota.

Pod Pułtuskiem mu walnęło
Zaiskrzyło i stanęło.
Wielce najpierw się nie strwożył
Lecz gdy maski nie otworzył
Bo zerwała jej się linka
To mu rzedła nieco minka.
Nie mógł wobec tych czynników
Dostać się do bezpieczników
Więc piechotą, autobusem
Dotarł „Łysy”, czasem kłusem
Aż z Pułtuska na zebranie
I w dyskusji takie zdanie
Na stojąco to wygłosił:
Najpierw wszystkich to przeprosił
Kumpli co tam w kupie byli,
Że on też się może mylić….,
Że on nie wie, że przeprasza,
Że on myśli, głos swój zgłasza
I przygłaskał swoją glacę.
Ktoś postawił z kawą tacę
Znów przygłaskał łysą pałę
Po czym z werwą i zapałem
Lecz z właściwą to skromnością
Rzekł z ogromną to szczerością
Że się sprawa tak ma cała:
- Baba jechać mi kazała
Nie wiem stronę trzymać czyją
Mi kazała za „fuzyją”
Znowu glacę swą przygłaskał
Mówił płynnie nic nie mlaskał
Aż do bólu mówił szczerze:
- Ja w rozsądek baby wierzę
Nie wiem czy mi coś to da?
Lecz głosować będę „ZA”

Alę wielu z nas szanuje
Coś takiego do niej czuje
Że gdy w oczy spojrzy Ala
Już się godzisz, tak zniewala.
Tam też było tak, a jakże
Ala „ZA” to wielu także.
Stąd za „fuzją” większość była
Ala wagę przechyliła.

Tak rozmyślam, bez aluzji
Skąd ciąg Ali do tej „fuzji”
Niby też bym zrobił wszystko
By wzbogacić nam łowisko
Gdyby ot tak nowych naraz
Dziewczyn rzeka przyszła zaraz
Była wprawdzie w „Rysiu” jedna
I nie kiepska i nie wredna
Ale jedna to nie rzeka,
Nie wiedziała co ją czeka
W którejś naszej leśniczówce
Po kolejnej to połówce.
Dziś już mogę, to wam powiem
Ona nigdy się nie dowie
Jak to blisko tego była
Bezpowrotnie co straciła
Bo się „fuzji” plan oddalił
Lecz wracając znów do Ali
Już mówiłem chytra sztuka
Ktoś by jeszcze nie wydukał
Ona pierwsza to wiedziała
Nim brać za tym głosowała
Że dla pięknej Wiżajszczyzny
Nie zaszkodzi garść dziczyzny
A w tym „Rysiu” choć nie kopa
Świerzych jest dwadzieścia chłopa.

Nie mów Aluś, ufam Tobie
Co ja znowu myślę sobie?
Grzeszysz przecież swoim czarem
Razem z siostrą na swą miarę.

Już pierdoły powiadają
Fakty niby pewne znają,
Ze to nie tak wszystko było,
Że zrobili w krzywe ryło,
Że to było przesądzone,
Umówione, uzgodnione
Taka sprawna woltyżerka
Zmyślna, chytra reżyserka.
Kto popierać będzie „ZA”
Kto przyjść, kto przyjechać ma.
Niech Se durnie pogłosują
Smak ważności niech poczują
A ty szary dyskutancie
- Morda w kubeł ty palancie!
O czym chcesz ty decydować
Rady swe to możesz schować
Związać w pęczek, …… i głęboko
Zarząd nie śpi, czuwa, - spoko.

Nowi z „Rysia” już polują
Coraz pewniej się już czują
Mają nawet też wyniki
Już padają kozły, byki
A tu jak tornada trąba
Wybuchnęła wielka bomba
W odwet głosów nie uznanych
Tych w kopercie to przesłanych
Huknął gniewny to Garwolin
- Hej panowie, nie do woli
Cała tej to „fuzji” sprawa
Nic nie warta, bo bez prawa!
Więc w Zarządzie podumali
I do radcy się udali.
Spojrzał radca w to orędzie
- Chyba smrodu sporo będzie
Po nie długiej rzekł on chwili
- Bo widzicie moi mili
Ważne tego są przyczyny
Pomylone są terminy.
Rzekł wkładając rękę w spodnie
- Termin drugi dwa tygodnie
Musi dzielić by legalnie.
Pół godziny za banalne.
Miał na myśli czas czekania
Od pierwszego to zebrania.
Radca dalej sens wywodzi
Kończąc takim zdaniem wchodzi:
- Skutków prawnych nam nie rodzi
Czyli o to tutaj chodzi,
Że zbierając rzecz do kupy
Ta Uchwała jest do dupy.

Tak to jest panowie mości
Byka nie ma
Rybki nie ma
A są ości.

P.s.
„Łysy” myśli ma dziś czarne
- Tyle drogi i na marne.

 



 




 

 

 


 

 

Copyright © 2012 Koło Łowieckie